wstecz

 

Andrzej Niewinny Dobrowolski - urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968 jako muzyk wyjechał na kontrakt pagartowski do Finlandii. Po przeniesieniu się do Szwecji mieszka tam do dziś. Od lat kilkunastu tłumacz literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje z wieloma wydawnictwami krajowymi oraz polonijnymi w Europie, Ameryce i Australii. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej. Laureat XI Światowego Forum Mediów Polonijnych w 2003 roku w dwóch prestiżowych konkursach dla najlepszych piór dziennikarzy.

 

 Pamiętnik komiwojażera 

Ostatnio zauważyć można w Internecie niezwykłą popularność wszelkiego rodzaju „blogów”, czyli pamiętników. Też chciałbym taki prowadzić, ale że w moim skromnym życiu na co dzień nic odświętnego się nie dzieje (w święta dopiero nuda!), pomyślałem, że można by spisywać doświadczenia cudze.

Zacząłem od kilku dni życia domokrążcy sprzedającego ręcznie kopiowane czarno-białe obrazki. Młody człowiek z Polski, nie znający tutejszego języka, podający ustną zwykle informację w formie pisemnej. W praktyce bywa nią zawieszony na piersi kawałek kartonu, z którego wynika, kim jest, co chce sprzedać i za ile.

Wraz z czworgiem innych bezrobotnych z Siedlec, przywiózł go tu przedsiębiorczy pan Leszek, który po codziennym rozmieszczeniu członków grupy na rewirach, wraca na kemping przygotować wieczorny posiłek, poprawić kołki w namiotach i co tam jeszcze dbałość o obwoźne przedsiębiorstwo wymaga. Dodatkowo na porannych „odprawach” udziela załodze cennych rad, daje praktyczne wskazówki, instrukcje.

Utargiem sprzedający dzielą się z panem Leszkiem fifty-fifty, czyli ca 40 na 60, bo odchodzą koszta kempingu, benzyny, parkowania. Za jedzenie płacą sami. Konserwy mają z domu, więc w zasadzie kupują tylko chleb, cebulę i w soboty piwo. Interes się kręci, co wieczór pan Leszek rozlicza ich ze sprzedanych obrazków i wydziela nową porcję do obrotu.

Niestety w miejscowości Ĺmĺl ma miejsce nieprzewidziane zajście: policja, areszt, przesłuchanie, deportacja. Powodem jest wjazd do Szwecji bez ważnego paszportu. Poinformowany przez polski konsulat prowadzący przesłuchanie policjant dowiaduje się wprawdzie, że dowód osobisty wydawany w RP wedle unijnych przepisów jest dokumentem zasługującym na podobne uznanie jak i paszport, gdyż wyjaśnia kto, skąd, w jakim wieku i że znaków szczególnych nie posiada, ale aresztu to nie uchyla. (Wiem, jak było, bo z sympatii do zajęcia występuję dość często w roli tłumacza i w tej akurat sprawie pomagałem przez telefon we wzajemnym porozumieniu się policjantów z zatrzymanym.) 

A pamiętnik mógłby się zaczynać na przykład tak: 

Środa 

Dzisiaj wyjeżdżamy. Z Siedlec do Szczecina mamy kawał drogi, ale potem już tylko przez Niemcy do Sassnitz, prom i jesteśmy w Szwecji. Leszek, organizator i szef grupy jest też kierowcą. Zresztą nie pozwoliłby nikomu dotknąć swojego minibusa, taki z niego dumny. My, to znaczy Kazik, Marek, Małgosia i ja mamy, jak usłyszeliśmy na „odprawie”, dwa podstawowe zadania: Nie robić kłopotów i sprzedawać jak najwięcej obrazków, resztą zajmie się Leszek. Był już w Szwecji kilka razy – volkswagen to też urobek stamtąd – wie jak, co, gdzie, nas ma o nic głowa nie boleć.

Dochodami dzielimy się po równo, odliczając koszty, czyli paliwo, prom, kempingi i co tam jeszcze się okaże. Podstawę wyżywienia w formie konserw, makaronów, cebuli, i smalcu mamy ze sobą. Mnie mama zrobiła nawet klika słoików z mięsem, ale nie mówiłem, że mam je w plecaku, bo wolno tylko konserwy i Leszek mógłby mi je kazać zostawić. Powiedział wyraźnie, że nie chce mieć żadnych kłopotów na granicy, a przewozić wolno tylko konserwy.

Obrazków mamy tysiąc. Po dwieście na głowę plus dodatkowe dwie setki, gdyby poszło lepiej, niż się spodziewamy. Cena wywoławcza 90 koron, co przy kursie 0,44 daje prawie 41 złotych. Nawet jeśli odejdą koszta i tak zostaje około 15 złotych za sztukę. Jedziemy na trzy tygodnie, powinno wyjść 150 złotych dziennie. Leszek mówi, że dziesięć obrazków na dniówkę można sprzedać z łatwością. Fura kasy. Żeby się tylko sprawdziło, bo sytuację mam lekko skomplikowaną i grosz potrzebny jak nigdy. Kuroniówkę odebrali mi w styczniu, ojciec dostaje 600 złotych miesięcznie, mama i siostra na naszym utrzymaniu. Myślałem o rozpoczęciu nauki w technikum, ale mija już dwa lata po zawodówce i jakoś nie mogę się zebrać. Jeśli dobrze pójdzie, odłożę część zarobku i po wakacjach wystartuję. U nas w Siedlcach ze szkołą ciężko o robotę, a bez niej nie ma szans w ogóle. Pozostaje mi tylko życzyć sobie szczęścia. Nigdy nie byłem za granicą (nawet w Warszawie jeszcze nie byłem!), więc przygoda czeka mnie zapewne ciekawa. 

Na promie do Szwecji. 

Spóźniliśmy się na planowaną godzinę do Sassnitz i trzeba nam było czekać na następny prom. Jednak humory z tego powodu nie ucierpiały, wszyscy jesteśmy przepełnieni nadzieją na przygodę i, co tu ukrywać, kasę. Zwłaszcza Gośka nie ukrywa, po co jedzie. Kiedy dowiedziała się, że Leszek organizuje wyprawę, urwała się z uczelni, ryzykując niezaliczenie paru egzaminów. Twierdzi, że egzaminy można zdać z opóźnieniem, a okazja jak ta, trafia się nie za często. Siedzi na fotelu obok kierowcy i zdaje się, że coś tam między nią a Leszkiem się zawiązuje. W każdym razie wskazywałaby na to Leszka prawa ręka coraz częściej spoczywająca podczas jazdy na jej kolanach. Nie mnie jednak mieszać się w cudze sprawy. Kazik i Marek siedzący razem ze mną na tylnym siedzeniu ręce mają przy sobie, więc wszystko jest w porządku.

Niebawem dobijamy do Trelleborga, trzeba kończyć pisanie. Już za kwadrans moja stopa spocznie na skandynawskiej ziemi. Wszyscy mówią, że bardzo gościnnej, a ludzie tam mili i spokojni, nie tak jak u nas - tylko nerwy, chamstwo i kłótnie. 

Czwartek. 

Kiedy przypłynęliśmy do portu, było już po dziewiątej wieczorem. Próbowaliśmy znaleźć jakiś kemping w okolicach Trelleborga - Leszek pytał nawet dwóch czy trzech napotkanych po drodze ludzi (jedynych zresztą, jakich widzieliśmy; pomarli wszyscy, czy co?!) - ale żaden z nich nie mówił po angielsku. Jechaliśmy do północy, po czym Leszek zarządził nocleg w busie. Nawet nie było za ciasno, tylko nad ranem zimno dało się we znaki, a parkować na włączonym silniku byłoby za drogo. W końcu wszyscy płacimy za paliwo, więc nikt nie nalegał. Leszek sprytnie miał pod ręką śpiwór, który po dżentelmeńsku oddał Gośce, ale nam nie chciało się rozgrzebywać całych bagaży i jakoś tam przemęczyliśmy noc do szóstej. Start do pierwszego etapu, którym jest miasteczko Lund. 

Rozpoczęcie pracy. 

Po załatwieniu formalności na kempingu Leszek rozwiózł nas na rewiry. Mnie przypadła dzielnica ze starymi, jednopiętrowymi kamieniczkami. Prawie wszystkie bramy zamknięte i trzeba mieć kod cyfrowy, aby otworzyć zamek. Wedle zaleceń Leszka przyciskam po kolei guziki domofonu i czekam, aż ktoś otworzy. Podobno zawsze zdarza się, że ktoś otwiera bez pytania o to, kto dzwoni. W pierwszej bramie miałem jednak szczęście, bo akurat wchodziła starsza kobieta z rowerem, więc nie pytając, wszedłem za nią. Nawet się za mną nie obejrzała.

Obrazki mam w specjalnej torbie, a jeden trzymam w ręku. Wobec tego, że drugą muszę mieć wolną, karton z tekstem informacyjnym powiesiłem na piersi. Cała robota to zadzwonić do drzwi i czekać. Leszek nauczył nas, że dzwonek naciska się dwa razy, krótko, zdecydowanie, „wesoło”, jak powiedział. Tak, jakby dzwoniła sąsiadka z prośbą o pożyczenie pół szklanki mleka do kawy. Minę natomiast trzeba mieć poważną, wręcz lekko zatroskaną, bo w końcu nieoczekiwaną wizytą sprawiamy jakiś tam, niewielki, bo niewielki, ale jednak kłopot i twarzą należy pokazać, że jesteśmy tego świadomi. Strój oczywiście ma być przede wszystkim skromny, dobrze by był nieco podniszczony; żadne sportowe dresy, markowe dżinsy czy adidasy. Wiadomo: studentom w żadnym kraju się nie przelewa, ubiór powinien o tym świadczyć. W końcu „gdybyśmy byli bogaci, nie musielibyśmy sprzedawać obrazków, a turystykę odbywalibyśmy własnym autem z kartą kredytową; mniejszą od tej na piersi i znacznie wygodniejszą”, usłyszeliśmy od Leszka jeszcze w Polsce. Ja pożyczyłem od ojca jego marynarkę, która jak raz na mnie pasuje. Wyglądam w niej okropnie, ale o to przecież chodzi. 

Pierwsze drzwi otworzyła starsza, drobna kobieta. Otworzyła, ale zaraz przymknęła je na powrót jakby przestraszona moim widokiem. Zrobiłem przepisowy krok do tyłu, znikając jej z widoku. Leszek powiedział, że tak właśnie trzeba. Zabronione jest wciskanie się i wpychanie. To powoduje jedynie, że drzwi będą się przed nami przymykały coraz bardziej. Trzeba właśnie działać odwrotnie: jeśli drzwi się zaledwie uchylają, robimy krok w tył, znikając za nimi. Jest to krok dość ryzykowny, bo drzwi mogą się nam przed nosem zamknąć, zwykle jednak ciekawość osoby za drzwiami zwycięża i po to by ją zaspokoić, otwiera je szerzej. Wtedy należy ustawić się tak, żeby tekst był widoczny, dobrze oświetlony i zwracał na siebie uwagę, której nie należy rozpraszać własnym wzrokiem, skierowanym w tym czasie w dół, pod nogi. Podobno ważne są pierwsze sekundy, a obliczono wręcz, że jest ich osiem. Osiem sekund, podczas których decyduje się to, czy zostaniemy przyjęci z sympatią. Jeśli jej nie pozyskamy, sprawa jest przegrana i równie dobrze można zakończyć spotkanie, nie tracąc zbędnie czasu.

Staruszka przeczytała tekst, zostawiła drzwi uchylone i odeszła w głąb mieszkania. Myślałem, że na pewno po pieniądze, ale po chwili drzwi się zamknęły jakby same z siebie i to był koniec rozmowy. W pozostałych mieszkaniach musiało nikogo nie być, bo nikt nie otworzył. Poza ostatnimi na drugim piętrze, w których zobaczyłem tę samą kobietę, która otwarła mi bramę. Wskazałem palcem karton na piersi, ale chyba nie miała okularów, bo nawet nie próbowała przeczytać. Mówiła za to coś, czego nie rozumiałem. Ona swoje, ja palcem na karton, w końcu uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. Nie wiedziałem, co mówiła, więc odszedłem. Kiedy jednak byłem już piętro niżej, usłyszałem znów jej głos. Wróciłem w pośpiechu z nadzieją, że przyszła z pieniędzmi. I rzeczywiście miałem rację: w ręku trzymała banknot. Podałem jej obrazek, ale nie chciała go wziąć. Znów uśmiechnęła się i zdecydowanym gestem podała mi pieniądze. W ręku trzymałem 20 koron. Pierwsze zarobione pieniądze! Obchuchałem je na szczęście i zszedłem na dół.

W drugiej bramie zastosowałem sposób na przyciskanie kolejnych guzików domofonu i rzeczywiście, po którymś razie usłyszałem jakby szczęknięcie w zamku, nacisnąłem klamkę i popchnąłem bramę: otwarła się. Sposób działa!

Niestety ze wszystkich dwunastu drzwi, podobnie jak w poprzedniej klatce schodowej, tylko dwoje się otworzyło. I w obu młodzi ludzie nie reagujący na informację zawartą na kartonie. Minę robiłem skromną, oczy spuszczone, pierś wypięta, żeby tekst rzucał się w oczy, ale tym razem fiasko. Drugi Szwed spojrzał nawet na mnie jakby z niezadowoleniem, trochę wręcz groźnie. Nie, żebym się zaraz przeląkł, bo w końcu niczym nielegalnym się nie zajmowałem, ale muszę przyznać, że zrobiło mi się trochę niemrawo. Sam na sam z nie rozumiejącym mnie obcym człowiekiem, który gapi się na mnie nie tylko bez sympatii, ale jakby z niechęcią, żeby nie powiedzieć wstrętem. Zanim zdążył zamknąć drzwi, odwróciłem się na pięcie i odszedłem.

Na dalszych klatkach schodowych było podobnie: mało ludzi, a ci, który byli w domu, nie chcieli kupować.

O piątej umówieni byliśmy z Leszkiem przy stacji benzynowej. Zabrał nas na kemping, gdzie miała być przerwa na obiad. Okazało się, że tylko Gosia sprzedała jeden obrazek. Marek i Kazik mieli doświadczenia podobne do moich.

Nie powiem, żebyśmy byli mocno podbudowani, ale Leszek uspokoił nas, że to jest normalne. Zwłaszcza w budynkach tego typu, w których dzisiaj pracowaliśmy. Od czegoś trzeba jednak zacząć i taka próba ognia w warunkach utrudnionych na pewno nam się przyda. Potem będzie już tylko łatwiej.

Zjedliśmy konserwy z chlebem, popili ugotowaną w kempingowej kuchni herbatą i ruszyliśmy na turę wieczorną. 

Tura wieczorna 

O razu lepiej, bo ludzi w domu więcej. Łatwiej też dostać się na klatkę schodową: wystarczy trochę poczekać, a to ktoś wchodzi, to wychodzi.

Niestety ze sprzedawaniem nielekko. Na kartonie mam wprawdzie napisane po szwedzku, że jestem studentem Akademii Sztuk Pięknych, sprzedaję własne rysunki i dorabiam do stypendium, by móc zwiedzić Szwecję, co powinno otwierać portfele, a tu idzie opornie, jak po grudzie. Do dziewiątej wieczór sprzedałem zaledwie jeden obrazek. I to jakiejś babci, która wyraźnie dała mi odczuć, że kupuje, aby się mnie pozbyć. Podobno w domach jednorodzinnych ma być lepiej. 

Piątek 

Dzisiaj działamy w małym miasteczku Amal. Leszek rozwiózł nas po rewirach i wrócił na kemping. Przedtem jednak mieliśmy odprawę, na której otrzymaliśmy dodatkowe informacje odnośnie sposobów sprzedawania w domach jednorodzinnych. Leszek zapewnił nas, że Szwedzi żywią wielką sympatię do studentów i na pewno będziemy sprzedawać, tylko trzeba się nieco oswoić z nową sytuacją. Powiedział nam, że najważniejsze jest poczucie pewności siebie, którego nabierzemy z czasem. Dopóki ludzie wyczuwają, że jesteśmy bojaźliwi i niepewni, łatwo im się nas pozbyć. Trzeba trochę więcej pójścia do przodu, czasem wręcz nieco natarczywie. Skromnie, ale natarczywie. To działa! Na razie nie wiem jeszcze, jak połączyć jedno z drugim, ale próbuję.

W pierwszej willi nie zadziałało. Ale w drugiej rzeczywiście poszło lepiej. Drzwi otworzył starszy jegomość, który krzyknął coś do wnętrza, skąd przyszła kobieta, prawdopodobnie jego żona. Przeczytała uważnie tekst i bez słowa wzięła pierwszy z rzędu obrazek. Po chwili przyniosła mi 100 koron. Chciałem wydać resztę, ale machnęła ręką, uśmiechnęła się z sympatią i gestem dała znać, że nie trzeba.

Dwa następne domy pudło, trzeci znów trafiony! Przed południem miałem już sprzedane cztery obrazki. I wtedy wdepnąłem na minę.

Zadzwoniłem do drzwi, otworzył jakiś poważny dryblas, przeczytał karton, wziął obrazek i kazał mi czekać. Wskazał fotel przy ogrodowym stole, a po angielsku spytał, czy chcę się czegoś napić. „Drink, drink” - zrozumiałem, że chodzi o picie. Pokiwałem przecząco głową, że nie chce mi się pić i usiadłem. Byłem pewien, że poszedł po pieniądze, albo może pokazać żonie...? Okazało się jednak, że wredny zatelefonował na policję, bo chwilę później przed dom zajechało biało-niebieskie auto z dwoma potężnymi drabami, którzy nie pytając wiele, kazali mi wejść do środka.

Na posterunku zamknęli mnie w celi, niewiele sobie robiąc z moich próśb, żeby zatelefonować do Leszka. Dopiero po jakimś czasie gdy w głośnomówiącym telefonie usłyszałem tłumacza, dowiedziałem się, o co chodzi. 

Tu zapiski się urywają. 

W trakcie przekładanego przeze mnie z tutejszego na nasze i odwrotnie przesłuchania policjant wykazywał nieco trudną do zaspokojenia ciekawość. Pytał na przykład: „Mówił pan, że nie ma pan rodzeństwa, skąd więc pięcioletnia siostra?” Albo: „W jakim szpitalu ma być przeprowadzona operacja?” Tłumaczyłem słowo w słowo, zdziwienie pytanego w oddechach przyśpieszonych słysząc, ale rozmowy mogą być nagrywane, tłumacz milczy od siebie, tekstem gada tylko cudzym, więc się nie wtrącałem. Na koniec poproszono mnie o pomoc w sformułowaniu protokołowanego zeznania, iż nie jest zgodne z prawdą to, o czym informował tekst z kartonu wiszącego na piersi domokrążcy, mianowicie, iż jest on głuchoniemym zbierającym pieniądze na operację serca w Szwecji, która ma uratować życie jego pięcioletniej siostrze”. 

- Är du dövstum?

- Czy jest pan głuchoniemy?

- Nie.

- Nej. 

Tak to pogadywaliśmy sobie w dość przyjaznej atmosferze, podczas gdy pan Leszek, zwinąwszy pośpiesznie kempingowe gospodarstwo, był już w drodze do Polski. Po następną turę polskich głuchoniemych, którzy z zawieszonym na piersiach kartonem zajmą się dyskontowaniem jego pomysłu na wykorzystanie posiadanej kopiarki. W końcu nie wszyscy szwedzcy policjanci są równie dociekliwi jak ci w Ĺmĺl.

  Counter