|
Pamiętnik
komiwojażera
Ostatnio
zauważyć można w Internecie niezwykłą popularność
wszelkiego rodzaju „blogów”, czyli pamiętników. Też chciałbym
taki prowadzić, ale że w moim skromnym życiu na co dzień
nic odświętnego się nie dzieje (w święta dopiero
nuda!), pomyślałem, że można by spisywać
doświadczenia cudze.
Zacząłem
od kilku dni życia domokrążcy sprzedającego ręcznie
kopiowane czarno-białe obrazki. Młody człowiek
z Polski, nie znający tutejszego języka, podający ustną zwykle
informację
w formie pisemnej. W praktyce
bywa nią zawieszony na piersi kawałek kartonu, z
którego wynika, kim jest, co chce sprzedać i za ile.
Wraz
z czworgiem
innych bezrobotnych
z Siedlec,
przywiózł go tu
przedsiębiorczy pan
Leszek, który po codziennym
rozmieszczeniu członków
grupy na rewirach,
wraca na kemping przygotować wieczorny posiłek, poprawić kołki
w namiotach i co tam jeszcze dbałość o obwoźne
przedsiębiorstwo wymaga.
Dodatkowo na
porannych „odprawach”
udziela załodze cennych rad,
daje praktyczne wskazówki,
instrukcje.
Utargiem
sprzedający dzielą
się z panem Leszkiem
fifty-fifty, czyli ca 40 na 60, bo odchodzą koszta kempingu, benzyny,
parkowania. Za jedzenie płacą sami.
Konserwy
mają z
domu,
więc w
zasadzie kupują tylko chleb, cebulę i w soboty piwo. Interes się
kręci, co wieczór pan Leszek
rozlicza ich ze sprzedanych obrazków
i
wydziela nową
porcję
do obrotu.
Niestety w
miejscowości Ĺmĺl
ma miejsce nieprzewidziane zajście:
policja,
areszt, przesłuchanie, deportacja.
Powodem jest wjazd
do Szwecji bez ważnego paszportu.
Poinformowany przez polski
konsulat
prowadzący przesłuchanie
policjant
dowiaduje się wprawdzie, że dowód osobisty wydawany w RP wedle
unijnych
przepisów
jest dokumentem zasługującym
na podobne uznanie jak
i paszport,
gdyż
wyjaśnia kto, skąd, w jakim wieku i że znaków szczególnych
nie posiada,
ale aresztu to nie uchyla. (Wiem, jak było, bo z sympatii do zajęcia występuję
dość często w roli tłumacza
i w tej akurat sprawie pomagałem przez telefon we
wzajemnym porozumieniu
się policjantów z zatrzymanym.)
A
pamiętnik mógłby się zaczynać na przykład tak:
Środa
Dzisiaj
wyjeżdżamy. Z Siedlec do Szczecina mamy kawał drogi, ale
potem już tylko przez Niemcy do Sassnitz, prom i jesteśmy w
Szwecji. Leszek, organizator i szef grupy jest też kierowcą.
Zresztą nie pozwoliłby nikomu dotknąć swojego minibusa,
taki z niego dumny. My, to znaczy Kazik, Marek, Małgosia i ja mamy,
jak usłyszeliśmy na „odprawie”, dwa podstawowe zadania: Nie
robić kłopotów i sprzedawać jak najwięcej obrazków,
resztą zajmie się Leszek. Był już w Szwecji kilka razy
– volkswagen to też urobek stamtąd – wie jak, co, gdzie, nas
ma o nic głowa nie boleć.
Dochodami
dzielimy się po równo, odliczając koszty, czyli paliwo, prom,
kempingi i co tam jeszcze się okaże. Podstawę wyżywienia
w formie konserw, makaronów, cebuli, i smalcu mamy ze sobą. Mnie
mama zrobiła nawet klika słoików z mięsem, ale nie mówiłem,
że mam je w plecaku, bo wolno tylko konserwy i Leszek mógłby mi
je kazać zostawić. Powiedział wyraźnie, że nie
chce mieć żadnych kłopotów na granicy, a przewozić
wolno tylko konserwy.
Obrazków
mamy tysiąc. Po dwieście na głowę plus dodatkowe dwie
setki, gdyby poszło lepiej, niż się spodziewamy. Cena wywoławcza
90 koron, co przy kursie 0,44 daje prawie 41 złotych. Nawet jeśli
odejdą koszta i tak zostaje około 15 złotych za sztukę.
Jedziemy na trzy tygodnie, powinno wyjść 150 złotych
dziennie. Leszek mówi, że dziesięć obrazków na dniówkę
można sprzedać z łatwością. Fura kasy. Żeby
się tylko sprawdziło, bo sytuację mam lekko skomplikowaną
i grosz potrzebny jak nigdy. Kuroniówkę odebrali mi w styczniu,
ojciec dostaje 600 złotych miesięcznie, mama i siostra na naszym
utrzymaniu. Myślałem o rozpoczęciu nauki w technikum, ale
mija już dwa lata po zawodówce i jakoś nie mogę się
zebrać. Jeśli dobrze pójdzie, odłożę część
zarobku i po wakacjach wystartuję. U nas w Siedlcach ze szkołą
ciężko o robotę, a bez niej nie ma szans w ogóle.
Pozostaje mi tylko życzyć sobie szczęścia. Nigdy nie
byłem za granicą (nawet w Warszawie jeszcze nie byłem!), więc
przygoda czeka mnie zapewne ciekawa.
Na promie do
Szwecji.
Spóźniliśmy
się na planowaną godzinę do Sassnitz i trzeba nam było
czekać na następny prom. Jednak humory z tego powodu nie
ucierpiały, wszyscy jesteśmy przepełnieni nadzieją na
przygodę i, co tu ukrywać, kasę. Zwłaszcza Gośka
nie ukrywa, po co jedzie. Kiedy dowiedziała się, że Leszek
organizuje wyprawę, urwała się z uczelni, ryzykując
niezaliczenie paru egzaminów. Twierdzi, że egzaminy można zdać
z opóźnieniem, a okazja jak ta, trafia się nie za często.
Siedzi na fotelu obok kierowcy i zdaje się, że coś tam między
nią a Leszkiem się zawiązuje. W każdym razie wskazywałaby
na to Leszka prawa ręka coraz częściej spoczywająca
podczas jazdy na jej kolanach. Nie mnie jednak mieszać się w
cudze sprawy. Kazik i Marek siedzący razem ze mną na tylnym
siedzeniu ręce mają przy sobie, więc wszystko jest w porządku.
Niebawem
dobijamy do Trelleborga, trzeba kończyć pisanie. Już za
kwadrans moja stopa spocznie na skandynawskiej ziemi. Wszyscy mówią,
że bardzo gościnnej, a ludzie tam mili i spokojni, nie tak jak u
nas - tylko nerwy, chamstwo i kłótnie.
Czwartek.
Kiedy
przypłynęliśmy do portu, było już po dziewiątej
wieczorem. Próbowaliśmy znaleźć jakiś kemping w
okolicach Trelleborga - Leszek pytał nawet dwóch czy trzech
napotkanych po drodze ludzi (jedynych zresztą, jakich widzieliśmy;
pomarli wszyscy, czy co?!) - ale żaden z nich nie mówił po
angielsku. Jechaliśmy do północy, po czym Leszek zarządził
nocleg w busie. Nawet nie było za ciasno, tylko nad ranem zimno dało
się we znaki, a parkować na włączonym silniku byłoby
za drogo. W końcu wszyscy płacimy za paliwo, więc nikt nie
nalegał. Leszek sprytnie miał pod ręką śpiwór,
który po dżentelmeńsku oddał Gośce, ale nam nie chciało
się rozgrzebywać całych bagaży i jakoś tam przemęczyliśmy
noc do szóstej. Start do pierwszego etapu, którym jest miasteczko Lund.
Rozpoczęcie
pracy.
Po
załatwieniu formalności na kempingu Leszek rozwiózł nas na
rewiry. Mnie przypadła dzielnica ze starymi, jednopiętrowymi
kamieniczkami. Prawie wszystkie bramy zamknięte i trzeba mieć
kod cyfrowy, aby otworzyć zamek. Wedle zaleceń Leszka przyciskam
po kolei guziki domofonu i czekam, aż ktoś otworzy. Podobno
zawsze zdarza się, że ktoś otwiera bez pytania o to, kto
dzwoni. W pierwszej bramie miałem jednak szczęście, bo
akurat wchodziła starsza kobieta z rowerem, więc nie pytając,
wszedłem za nią. Nawet się za mną nie obejrzała.
Obrazki
mam w specjalnej torbie, a jeden trzymam w ręku. Wobec tego, że
drugą muszę mieć wolną, karton z tekstem informacyjnym
powiesiłem na piersi. Cała robota to zadzwonić do drzwi i
czekać. Leszek nauczył nas, że dzwonek naciska się dwa
razy, krótko, zdecydowanie, „wesoło”, jak powiedział. Tak,
jakby dzwoniła sąsiadka z prośbą o pożyczenie pół
szklanki mleka do kawy. Minę natomiast trzeba mieć poważną,
wręcz lekko zatroskaną, bo w końcu nieoczekiwaną wizytą
sprawiamy jakiś tam, niewielki, bo niewielki, ale jednak kłopot
i twarzą należy pokazać, że jesteśmy tego świadomi.
Strój oczywiście ma być przede wszystkim skromny, dobrze by był
nieco podniszczony; żadne sportowe dresy, markowe dżinsy czy
adidasy. Wiadomo: studentom w żadnym kraju się nie przelewa, ubiór
powinien o tym świadczyć. W końcu „gdybyśmy byli
bogaci, nie musielibyśmy sprzedawać obrazków, a turystykę
odbywalibyśmy własnym autem z kartą kredytową; mniejszą
od tej na piersi i znacznie wygodniejszą”, usłyszeliśmy
od Leszka jeszcze w Polsce. Ja pożyczyłem od ojca jego marynarkę,
która jak raz na mnie pasuje. Wyglądam w niej okropnie, ale o to
przecież chodzi.
Pierwsze
drzwi otworzyła starsza, drobna kobieta. Otworzyła, ale zaraz
przymknęła je na powrót jakby przestraszona moim widokiem.
Zrobiłem przepisowy krok do tyłu, znikając jej z widoku.
Leszek powiedział, że tak właśnie trzeba. Zabronione
jest wciskanie się i wpychanie. To powoduje jedynie, że drzwi będą
się przed nami przymykały coraz bardziej. Trzeba właśnie
działać odwrotnie: jeśli drzwi się zaledwie uchylają,
robimy krok w tył, znikając za nimi. Jest to krok dość
ryzykowny, bo drzwi mogą się nam przed nosem zamknąć,
zwykle jednak ciekawość osoby za drzwiami zwycięża i
po to by ją zaspokoić, otwiera je szerzej. Wtedy należy
ustawić się tak, żeby tekst był widoczny, dobrze oświetlony
i zwracał na siebie uwagę, której nie należy rozpraszać
własnym wzrokiem, skierowanym w tym czasie w dół, pod nogi.
Podobno ważne są pierwsze sekundy, a obliczono wręcz,
że jest ich osiem. Osiem sekund, podczas których decyduje się
to, czy zostaniemy przyjęci z sympatią. Jeśli jej nie
pozyskamy, sprawa jest przegrana i równie dobrze można zakończyć
spotkanie, nie tracąc zbędnie czasu.
Staruszka
przeczytała tekst, zostawiła drzwi uchylone i odeszła w głąb
mieszkania. Myślałem, że na pewno po pieniądze, ale po
chwili drzwi się zamknęły jakby same z siebie i to był
koniec rozmowy. W pozostałych mieszkaniach musiało nikogo nie być,
bo nikt nie otworzył. Poza ostatnimi na drugim piętrze, w których
zobaczyłem tę samą kobietę, która otwarła mi
bramę. Wskazałem palcem karton na piersi, ale chyba nie miała
okularów, bo nawet nie próbowała przeczytać. Mówiła za
to coś, czego nie rozumiałem. Ona swoje, ja palcem na karton, w
końcu uśmiechnęła się i zamknęła drzwi.
Nie wiedziałem, co mówiła, więc odszedłem. Kiedy
jednak byłem już piętro niżej, usłyszałem znów
jej głos. Wróciłem w pośpiechu z nadzieją, że
przyszła z pieniędzmi. I rzeczywiście miałem rację:
w ręku trzymała banknot. Podałem jej obrazek, ale nie chciała
go wziąć. Znów uśmiechnęła się i
zdecydowanym gestem podała mi pieniądze. W ręku trzymałem
20 koron. Pierwsze zarobione pieniądze! Obchuchałem je na szczęście
i zszedłem na dół.
W
drugiej bramie zastosowałem sposób na przyciskanie kolejnych guzików
domofonu i rzeczywiście, po którymś razie usłyszałem
jakby szczęknięcie w zamku, nacisnąłem klamkę i
popchnąłem bramę: otwarła się. Sposób działa!
Niestety
ze wszystkich dwunastu drzwi, podobnie jak w poprzedniej klatce schodowej,
tylko dwoje się otworzyło. I w obu młodzi ludzie nie reagujący
na informację zawartą na kartonie. Minę robiłem skromną,
oczy spuszczone, pierś wypięta, żeby tekst rzucał się
w oczy, ale tym razem fiasko. Drugi Szwed spojrzał nawet na mnie
jakby z niezadowoleniem, trochę wręcz groźnie. Nie, żebym
się zaraz przeląkł, bo w końcu niczym nielegalnym się
nie zajmowałem, ale muszę przyznać, że zrobiło mi
się trochę niemrawo. Sam na sam z nie rozumiejącym mnie
obcym człowiekiem, który gapi się na mnie nie tylko bez
sympatii, ale jakby z niechęcią, żeby nie powiedzieć
wstrętem. Zanim zdążył zamknąć drzwi, odwróciłem
się na pięcie i odszedłem.
Na
dalszych klatkach schodowych było podobnie: mało ludzi, a ci, który
byli w domu, nie chcieli kupować.
O
piątej umówieni byliśmy z Leszkiem przy stacji benzynowej.
Zabrał nas na kemping, gdzie miała być przerwa na obiad.
Okazało się, że tylko Gosia sprzedała jeden obrazek.
Marek i Kazik mieli doświadczenia podobne do moich.
Nie
powiem, żebyśmy byli mocno podbudowani, ale Leszek uspokoił
nas, że to jest normalne. Zwłaszcza w budynkach tego typu, w których
dzisiaj pracowaliśmy. Od czegoś trzeba jednak zacząć i
taka próba ognia w warunkach utrudnionych na pewno nam się przyda.
Potem będzie już tylko łatwiej.
Zjedliśmy
konserwy z chlebem, popili ugotowaną w kempingowej kuchni herbatą
i ruszyliśmy na turę wieczorną.
Tura
wieczorna
O
razu lepiej, bo ludzi w domu więcej. Łatwiej też dostać
się na klatkę schodową: wystarczy trochę poczekać,
a to ktoś wchodzi, to wychodzi.
Niestety
ze sprzedawaniem nielekko. Na kartonie mam wprawdzie napisane po szwedzku,
że jestem studentem Akademii Sztuk Pięknych, sprzedaję własne
rysunki i dorabiam do stypendium, by móc zwiedzić Szwecję, co
powinno otwierać portfele, a tu idzie opornie, jak po grudzie. Do
dziewiątej wieczór sprzedałem zaledwie jeden obrazek. I to
jakiejś babci, która wyraźnie dała mi odczuć, że
kupuje, aby się mnie pozbyć. Podobno w domach jednorodzinnych ma
być lepiej.
Piątek
Dzisiaj
działamy w małym miasteczku Amal. Leszek rozwiózł nas po
rewirach i wrócił na kemping. Przedtem jednak mieliśmy odprawę,
na której otrzymaliśmy dodatkowe informacje odnośnie sposobów
sprzedawania w domach jednorodzinnych. Leszek zapewnił nas, że
Szwedzi żywią wielką sympatię do studentów i na pewno
będziemy sprzedawać, tylko trzeba się nieco oswoić z
nową sytuacją. Powiedział nam, że najważniejsze
jest poczucie pewności siebie, którego nabierzemy z czasem. Dopóki
ludzie wyczuwają, że jesteśmy bojaźliwi i niepewni,
łatwo im się nas pozbyć. Trzeba trochę więcej pójścia
do przodu, czasem wręcz nieco natarczywie. Skromnie, ale natarczywie.
To działa! Na razie nie wiem jeszcze, jak połączyć
jedno z drugim, ale próbuję.
W
pierwszej willi nie zadziałało. Ale w drugiej rzeczywiście
poszło lepiej. Drzwi otworzył starszy jegomość, który
krzyknął coś do wnętrza, skąd przyszła
kobieta, prawdopodobnie jego żona. Przeczytała uważnie
tekst i bez słowa wzięła pierwszy z rzędu obrazek. Po
chwili przyniosła mi 100 koron. Chciałem wydać resztę,
ale machnęła ręką, uśmiechnęła się
z sympatią i gestem dała znać, że nie trzeba.
Dwa
następne domy pudło, trzeci znów trafiony! Przed południem
miałem już sprzedane cztery obrazki. I wtedy wdepnąłem
na minę.
Zadzwoniłem
do drzwi, otworzył jakiś poważny dryblas, przeczytał
karton, wziął obrazek i kazał mi czekać. Wskazał
fotel przy ogrodowym stole, a po angielsku spytał, czy chcę się
czegoś napić. „Drink, drink” - zrozumiałem, że
chodzi o picie. Pokiwałem przecząco głową, że nie
chce mi się pić i usiadłem. Byłem pewien, że
poszedł po pieniądze, albo może pokazać żonie...?
Okazało się jednak, że wredny zatelefonował na policję,
bo chwilę później przed dom zajechało biało-niebieskie
auto z dwoma potężnymi drabami, którzy nie pytając wiele,
kazali mi wejść do środka.
Na
posterunku zamknęli mnie w celi, niewiele sobie robiąc z moich
próśb, żeby zatelefonować do Leszka. Dopiero po jakimś
czasie gdy w głośnomówiącym telefonie usłyszałem
tłumacza, dowiedziałem się, o co chodzi.
Tu
zapiski się urywają.
W
trakcie przekładanego przeze mnie z tutejszego na nasze i
odwrotnie przesłuchania
policjant wykazywał nieco
trudną do zaspokojenia ciekawość. Pytał na
przykład: „Mówił pan,
że nie ma pan
rodzeństwa, skąd więc pięcioletnia siostra?” Albo:
„W jakim szpitalu ma być przeprowadzona operacja?” Tłumaczyłem
słowo w słowo, zdziwienie pytanego
w oddechach przyśpieszonych słysząc,
ale rozmowy mogą być
nagrywane, tłumacz
milczy od siebie, tekstem
gada
tylko cudzym, więc się nie wtrącałem. Na koniec
poproszono mnie o pomoc w sformułowaniu protokołowanego zeznania,
iż
„nie
jest zgodne z prawdą to, o czym informował tekst z kartonu wiszącego na piersi domokrążcy,
mianowicie, iż jest on głuchoniemym zbierającym pieniądze na operację serca w
Szwecji, która ma uratować życie jego pięcioletniej siostrze”.
-
Är du dövstum?
-
Czy jest pan głuchoniemy?
-
Nie.
-
Nej.
Tak
to pogadywaliśmy sobie w dość przyjaznej atmosferze,
podczas gdy pan Leszek, zwinąwszy pośpiesznie kempingowe
gospodarstwo, był już w drodze do Polski. Po następną
turę polskich głuchoniemych, którzy z zawieszonym na piersiach
kartonem zajmą się dyskontowaniem jego pomysłu na
wykorzystanie posiadanej kopiarki. W końcu nie wszyscy szwedzcy
policjanci są równie dociekliwi jak ci w Ĺmĺl.
|