wstecz

Diabłu ogarek

 

Ktoś, kto zapala świeczkę panu Bogu a jednocześnie diabłu ogarek, jest bardzo inteligentnym, sprytnym, kutym na cztery nogi człowiekiem. Wie, iż istnieją siły boskie, pozytywne, ale nie stroni od hołdu czortowi, jako przedstawicielowi sił ciemnych, nieznanych, negatywnych. Nigdy nie wiadomo… Ten dysonans, wręcz paradoks, mówiący, iż należy się ubezpieczać na wszystkich możliwych flankach, dbać o dobre stosunki ze stroną boską i diabelską, czyli z niebem i piekłem, jest znany nie tylko w filozofii teologicznej, ale również w sztuce.

Takie jest przesłanie polskiego inteligentnego przysłowia „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Ogarek to też świeczka! 

To wiedzieli też artyści polscy, działający w PRL po roku 1945, czyli po nastaniu tak bardzo anty-demokratycznego systemu, jakim był komunizm rodem z ZSRR. Jednym z ciekawych przykładów jest aktywność trzech ludzi sztuki, triumwiratu (gdyż akurat chodzi o trzech mężczyzn), którzy niezależnie od siebie opracowali pewien motyw literacki, aby dostosować go do walki z kościołem katolickim w PRL, co było oficjalną wręcz doktryną PZPR, czyli jedynej monopolistycznie rządzącej partii w kraju, zmagającym się ze strasznymi zniszczeniami drugiej wojny światowej oraz uwikłanym przez Historię w komunizm importowany na siłę z Moskwy. 

Mam na myśli pewien konkretny motyw literacki, pochodzący z Francji z XVII wieku. W małym prowincjonalnym miasteczku Loudun [wym. Lu-Dę] jest klasztor Urszulanek. Przeorysza nazywa się Matka Joanna od Aniołów. Coraz bardziej jest opętana przez diabła, a nawet diabłów, noszących różne imiona. Do uleczenia jej seksualnych problemów wzywa się mnicha-egzorcystę. Mnich zakochuje się w przeoryszy, celibat wzbrania im junkcji cielesnej, problem się zaostrza, złe języki mówią, iż zbliżenie między nim a nią, tą parą „zawodowo związaną ze służbą dla Kościoła” nastąpiło. Egzorcyście wytacza się proces. Ginie na stosie z powodu wyroku sądowego. Nie ma happy-endu.  

Temat wręcz idealny, aby zaatakować artystycznie katolicką instytucję, skostniałą, daleką od rzeczywistości społecznej, nieczułą na autentyzm uczuć ludzkich, niereformowalną, metafizycznie obskurancką.  

Ten atak artystyczny, przy pomocy wspomnianego wyżej motywu, został wykonany przez triumwirat (chronologicznie): Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Kawalerowicz i Krzysztof Penderecki.

Wspaniałych talentów literat, Jarosław Iwaszkiewicz, pisze opowiadanie „Matka Joanna od Aniołów” już w roku 1946, zatem u zarania władzy ludowej. Akcję przenosi pod Smoleńsk, na wschodnie rubieże Polski w XVIII w. Jest tam i klasztor na odludziu i atmosfera ciemnych procedur egzorcyzmu i walka wzlotów duszy z krnąbrnym ciałem domagającym się swych praw. Opowiadanie jest kolportowane, propagowane w całej PRL. Chodzi o rozpowszechnienie motywu „sam Kościół nie może wykaraskać się ze swych strukturalnych sprzeczności”.  Z reklamą tej przesłanki nie ma problemu, jako że poważany od lat autor jest prezesem Związku Literatów Polskich, od 1946 właśnie do (z przerwami) 1980 roku. Jest dobrze widziany na salonach nowej władzy, podkreślającej sojusz robotników i chłopów. Nikt już nie pamięta jego udziału w wojnie polsko-sowieckiej w 1920 roku... Autor otrzymuje w Moskwie Pokojową Nagrodę im. W. Lenina, a w ukochanej Warszawie Order Budowniczych Polski Ludowej. 

Motyw „mnich chce uzdrowić teologicznie zakonnicę od diabłów” będzie z sukcesem przejęty przez reżysera Jerzego Kawalerowicza . W roku 1960 nakręca film „Matka Joanna od Aniołów” (celowo zostawiając identyczny tytuł pierwowzoru literackiego). Przypadek chce, iż zarówno Iwaszkiewicz jak i Kawalerowicz urodzili się na terenach polskich, które od czasu końca wojny należą do Ukrainy (a przedtem do ZSRR).  Reżyser jest członkiem PZPR od 1954 do 1990 roku. Pełni funkcję kierownika artystycznego zespołu filmowego „Kadr”, czyli był głównym decydentem produkcji filmów w PRL. Zadecydował o tym w stu przypadkach! Był odpowiedzialny za karierę wielu, bardzo wielu filmowców. Film Kawalerowicza jest zrobiony bardzo dobrze artystycznie. Główną rolę przeoryszy, czyli Matki Joanny zagrała brawurowo Lucyna Winnicka, żona reżysera. Na ekranie panuje mroczna atmosfera zgnilizny moralnej opakowanej w mnisze habity, zamknięte w murach klasztoru. Rok potem, w 1961 w Cannes, dzieło to otrzymuje Nagrodę Specjalną Jury słynnego festiwalu. Towarzysze odpowiedzialni za kulturę w PRL triumfują: dzieło z PRL doszło do szczytów uznania na arenie światowej! Młoda sztuka filmowa PRL nie ma się czego wstydzić! Zachód nobilitował propozycję intelektualną z komnistycznej Polski. Ci, którzy nie przeczytali tekstu Iwaszkiewicza, mogą wygodnie w fotelu kina przetrawić ponowny  atak na Kościół w wykonaniu taśmy filmowej. Miliony idą do kina – lub bojkotują ten czysty wytwór propagandy, chcącej z Polaków ulepić komunistów, przyklaskujących poczynaniom PZPR.

Jeszcze za czasów Gomułki, w roku 1969, tworzy operę pod tytułem „Diabły z Loudun”, młody wówczas, zdolny 33-letni kompozytor, Krzysztof Penderecki. Dokłada zatem swą cegiełkę do gmachu walki z Kościołem, tym razem elitarnie, jako że któż mógł wówczas udać się do Hamburga na premierę światową tej wspaniałej tonalnie opery? Któż wysłuchał tej awangardowej muzyki wówczas? Kto ją widział na scenach operowych świata?

Faktem jest zatem, iż w PRL nośnym artystycznie motywem okazał się dramat klasztorny rodem z francuskiego Loudun: prozatorsko opracowany przez Iwaszkiewicza, filmowo przez Kawalerowicza oraz muzycznie przez Pendereckiego. 

Minęły lata i nastała po 1989 roku radykalna zmiana systemu politycznego w Polsce. Słynny pisarz Iwaszkiewicz umiera w 1980. Stoję nad jego grobem na cmentarzu w Żbikowie koło Brwinowa, czyli pod Warszawą. Dlatego naszły mnie spisane wyżej refleksje. Nie doczekał głębokich przemian politycznych w ojczyźnie. Kawalerowicz umiera w grudniu 2007 roku. Ale przedtem nakręca piękny film „Quo vadis” (2001), niosący intelektualnie motyw przebijania się młodego chrześcijaństwa w obcym mu ideologicznie Imperium Romanum. Reżysersko przekazuje nam bliskie historycznie polskiemu społeczeństwu treści: ta nowa religia jest godna uznania, mając zdrowe korzenie doktrynalne. Dzieło filmowe bardzo pro-katolickie w kategoriach RP. Prapremiera światowa urządzona jest z pompą medialną. W obecności polskiego papieża! W Watykanie można po raz pierwszy obejrzeć ten religijny w charakterze obraz, pokłon dla chrześcijaństwa...

A kompozytor pisze w międzyczasie niebywale religijne w swej naturze utwory, sławiące jego twórczość na cały dosłownie świat. Wystarczy tu wspomnieć wspaniałe religijnie „Pasje”, czy „Utrenję” wzruszającej ukłonem ekumenicznym wobec braci prawosławnych. Przejmują duchem religii. Kompozytor udziela wywiadów w prasie światowej, dając do zrozumienia jak bliski jest w jego twórczości duch chrześcijaństwa, panującego na ziemiach, obecnie zajętych przez Rzeczpospolitą Polską, jednocześnie wspominając i podkreślając swą przyjaźń ze zmarłym polskim papieżem. 

Nie osądzam, nie potępiam. Nie rzucam pierwszy kamieniem. Każdy chciał jakoś strategicznie urządzić się w nowej sytuacji politycznej. Również artyści.  Przytaczam fakty, dowodzące, iż nie wie (?) prawica co wyczynia lewica, sprawiające, iż przychodzi mimowolnie na myśl przysłowie „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”.

Schylam się, kładąc na grobie wielkiego pisarza wiązankę kwiatów na cmentarzu pod Warszawą. 

Wiesław PIECHOCKI, Brwinów, marzec 2009

 

CounterCounter