wstecz

W głębi warząchwi 

 

Alpejski specjał - « Spätzle » 

Po kilkukilometrowym marszu górską trasą wiodacą przez ładne doliny, kiedy niebo pokrywa mgła anonsująca wieczór i lekki, wrześniowy chłód zaczyna szczypać dochodzimy do schroniska. Jest to typowy, stary, liczący sobie ze dwieście lat rozłożysty dom, jakich sporo w najmniejszym regionie Austrii, Vorarlbergu. W przestronnych pomieszczeniach pełno turystów wyekwipowanych na wielogodzinne marsze. Usadawiamy się przy stole w oczekiwaniu na zamówiony posiłek. Znam, co prawda kuchnię austriacka “klasyczną », lecz kiedy pokaźna i ubrana w strój ludowy « dirndl » góralka wnosi olbrzymią misę, patrzę pełen podziwu na smakowitą, alpejską potrawę. Są to autentyczne , lokalne « Spätzle », malutkie kluseczki wymieszane z przyrumienioną cebulą oraz ostrym, drażniącym nozdrza żółtym, tartym serem, który pod wpływem temperatury ulega stopieniu tworząc z innymi składnikami  jednolitą masę. Wręczoną mi łychą nabieram sporą porcję. Moi towarzysze podróży, w większości Austriacy z lubością i radością wypełniają talerze po brzegi. Smak jest zgoła osobliwy, lecz wynika to z faktu, iż dosyć cierpki zapach sera blokuje mnie nieco, lecz po pokonaniu « bariery » zapachowej coraz żywiej wypełniam usta ciepłą potrawą. Cebula smażona nadaje dużo smaku i wkrótce pierwsza porcja znika w żołądku. Jestem jednym z wolniejszych  konsumentów. Po niewielu minutach inni atakują dokładki. Francuzi wymyślili powiedzenie, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia“. I tak się rzeczywiscie stało, gdyż w « Spätzlach » jest jakaś siła magiczna uniemożliwiająca skosztowanie małej ilości… Koleżanka pochodząca z regionu wyjaśnia mi, że to lokalne pożywienie zawsze wzbudza sporo radości u wszystkich domowników. W sezonie zimowym dostarcza wielu kalorii wymęczonym ciężką pracą góralom. Turyści też prędko adoptują « Spätzle » do swojego « menu ». Potrawa opisywana była już od XV-go wieku i rozprzestrzeniła się w pewnych regionach Austrii- Vorarlberu, Tyrolu. Znają ją  w południowych  Niemczech , okregu Schwarzwaldu, czy w nieco zmienionej formie w Alzacji. Na terenach Polski ten rodzaj kładzionych klusek figuruje w każdym rodzinnym jadłospisie, lecz w uproszczonej formie. Mamusie po wyrobieniu ciasta po prostu łyżeczką wkładają małe porcje do wrzącej wody, lub trochę rzadszą masę wlewają do bulionu tudzież mleka. Niby to samo, co w Alpach lecz nie bardzo. Aby sprostać wzmożonej konsumpcji, pomysłowi rzemieślnicy wywodzący się z ludów germańskich  wyprodukowali niezmierni prosty przyrząd do robienia “Spätzli”w formie tarki (zdjęcie). Odpowiedniej gęstości ciasto wlewa się po prostu do blaszanego pojemnika i przesuwając go do przodu i do tyłu powoduje, że grudki ciasta równej wielkości zostają “odcinane” jak na klasycznej tarce. Tak proste, a nikt nie wpadł w Polsce na sposób, aby wyprodukować tarkę na użytek  powszechny! Ugotowane małe kluseczki są ładne, apetyczne i jednakowo ugotowane, co nie zawsze udaje się w wypadku porcji przypadkowej grubości. Polecam zatem moim Rodakom wędrującym po Vorarlbergu,  Tyrolu lub Szwajcarii  nabycie “spätzlera”, co znakomicie ułatwi przygotowanie prostych, a jakże smacznych dań. Przy okazji dodam, że kluseczki przygotowane w ten sposób doskonale, lecz już bez sera i cebuli nadają się jako dodatek do rozmaitych gulaszy lub miąs w sosie.

Tekst: Jakub Teper